Tydzień w BIESZCZADACH 8 czerwca 2010

Wakacje już za kilka tygodni i większość z nas zaplanowała swój urlop. Jednak czasami potrzebujemy zagospodarować jeszcze kilka dni, aby w pełni wykorzystać czas wolny. Nam udało się to zrobić w ubiegłe wakacje, może to najwłaściwszy moment, abyście i Wy odwiedzili Bieszczady?

Ciągle przekładany wyjazd w Bieszczady planowaliśmy już od dawna – zależało nam na turystycznej wyprawie i odkryciu przez dzieci przyjemności z pieszej wędrówki. Miejsce na nocleg polecili nam znajomi, którzy już wcześniej spędzili tam kilka dni- U Prezesa (http://www.koniewbieszczadach.pl/)- takich miejsc nie znajduje się w przewodnikach, bo tutaj najważniejsi są gospodarze i klimat jaki tworzą. Po powrocie z gór ich wieczorne opowieści pozwalają naprawdę „poczuć” ten zakątek naszego kraju. Z pewnością smaczne jedzenie i przytulne pokoje, są także ważnym elementem tego miejsca, a hamak rozwieszony pomiędzy 200 letnimi jaworami, leniwie pasące się konie i wieczorne ogniska dopełniają magii.

Na początku szukaliśmy krótkich tras do 1,5 godziny marszu i schroniska jako punktu postoju. Amatorzy!! Kanapkę i wodę najlepiej jest zabrać z sobą, bo schronisk jest niewiele i bywa, że dopiero po zejściu w dolinę można uzupełnić zapasy. Już pierwsza wyprawa na Otryt zweryfikowała nasze wyobrażenia na temat trudności tras, które na mapie wyglądają zupełnie niepozornie a w rzeczywistości są dość stromą i kamienistą ścieżką. Odkryliśmy, że właśnie po to idzie się w góry! Po 45 min podejścia wszystko zaczyna mieć inny wymiar,(a nawet milkną sprzeczki rodzeństwa;) …… to było prawdziwe objawienie,bo …… wtedy można usłyszeć ciszę …… dzwoniącą w uszach….. niesamowitą…. bez cywilizacji.

96
96
96
96

Było kilka ważnych doświadczeń w trakcie naszej rodzinnej wyprawy, które uświadomiły nam, że: lubimy i potrafimy razem milczeć, patrzeć nocą w niebo, palić ogniska i słuchać przy nich opowieści, a najbardziej lubimy zdobywać szczyty, z których widać Świat po horyzont.
Ale tych gór nie da się po prostu przejść- zbyt wiele bolesnej historii i trudnych losów: miejsca, które nadal noszą nazwę nieistniejących wsi, zarośnięte podmurówki Cerkwi.
Każdy kto tu mieszka, ma swoją historię do opowiedzenia: jest w niej determinacja, praca, walka o realizację marzeń. Dla każdego są nieco inne. Podobno to zima weryfikuje i pomaga w podjęciu decyzji: czy to mój świat? czy zostaję? czy wracam do poprzedniego życia?
Wróciliśmy tam w październiku- zdobyć Tarnicę i zakochać się w Bieszczadach jesienią.
I udało się- są nasze ;)

Rzym, słońce, 14 stopni ciepła ! 12 lutego 2010

Rzym czyli miasto, o którym mówi się, że jest największym muzeum na świeżym powietrzu – i opinia ta w najmniejszym stopniu nie jest przesadzona. Przez kilka dni pobytu w stolicy Włoch przekonałam się, jak wielki jest ogrom dziedzictwa, zarówno antycznego jak i chrześcijańskiego, ale nie będę pisać o zabytkach i wrażeniach, jakie one wywołują ani też o ich historii. Chociaż trzeba przyznać, że robią wrażenie ogromne, niemal "przytłaczające". Fontanna di Trevi, Hiszpańskie Schody, Colosseum, Watykan – każde z tych miejsc (jak i wiele innych) warte jest zobaczenia. Ale dla mnie Rzym, (który przywitał mnie 14 stopniami ciepła w czasie gdy w Warszawie było -20) to słońce, tysiące kafejek w których espresso smakuje jak nigdzie indziej i setki fantastycznych prostych, skromnych restauracyjek, w których cała plejada sztandarowych dań kuchni włoskiej wodzi na pokuszenie i funduje nieprzeciętną rozkosz dla podniebienia. Przyznam, że odwiedzenie Rzymu pod koniec stycznia, czyli zdecydowanie poza pikiem ruchu turystycznego daje szanse przyjrzenia się normalnemu miastu, które żyje własnym życiem i ludziom, którzy są jego częścią.

96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96

IRIAN JAJA - „jak nie z tego świata” 29 stycznia 2010

Jeszcze nigdy mój podróżny plecak nie był wypełniony taką ilością wrażeń, doznań, obrazów i przygód, a podróżujemy wraz z mężem i znajomymi od paru ładnych lat.
Długo zastanawialiśmy się co wybrać. Optowaliśmy za Borneo, ale nasz znajomy podróżnik wybił nam ten pomysł z głowy, oferując spotkanie z Indonezją z zupełnie innej strony.

Najpierw było więc SKOMERCJALIZOWANE DO GRANIC MOŻLIWOŚCI BALI, potem egzotyczne Komodo ze swoimi waranami (kiedyś o tym napiszę) no i wreszcie „jak nie z tego świata” IRIAN JAJA na Nowej Gwinei. Chyba specjalnie przygotował nam taką kolejność, abyśmy mieli porównanie co to znaczy: „najlepszy hotel w mieście” w tych dwóch światach. Bowiem noc spędzoną w hotelu w Wamenie, w Dolinie Baliem, w centralnej części wyspy pamięta się baaaaaaa…rdzo długo!
A to ze względu na jego oryginalność: usytuowanie łazienki bezpośrednio pod ulicznym chodnikiem, gdzie przedostają się po ścianach różne miejscowe roślinki, zielone pnącza tworzące naturalne wzory, którym nie dorówna żadna glazura. Żyjątka wędrujące po posadzce czwórkami, no i oczywiście hotelowi goście barwni jak kolorowy patchwork.
Zastanawialiśmy się skąd mieszkańcy hotelu po pierwszej kolacji wiedzieli, że jesteśmy Polakami. Szybko wytłumaczyli nam, że rozpoznali nas po żubrówce, którą dla dezynfekcji serwowaliśmy sobie do posiłków, a taki zwyczaj mieli tu tylko Polscy misjonarze. Dziwili się tylko, dlaczego ci misjonarze przyjechali z żonami……..

Ten „najlepszy hotel w mieście” potraktowaliśmy jako bazę wypadową na tereny Papuasów. Kilkugodzinnego trekkingu przez terytoria plemienia Dani, zwiedzanie wiosek, podpatrywania codziennego życia członków plemienia, dostąpienia zaszczytu uczestniczenia w ich niezwykłych ceremoniach, po prostu nie da się zapomnieć i z niczym porównać.

Cieszyłam się, że nie jestem jedną z papuańskich kobiet, na których spoczywa cały ciężar obowiązków domowych i polowych:
­-przygotowywanie i dostarczanie opału,
­-20 kilometrowe wędrówki po stromych, wąskich i często błotnistych dróżkach z ogromnymi ciężarami noszonymi na głowie, aby łatwiej było pokonywać naturalne przeszkody, w tym także różnej głębokości rowy melioracyjne (to jedno z najlepszych i ponoć zastosowane po raz pierwszy przez Papuasów udogodnień agrokultury),
­-karmienie (nierzadko piersią) świni, która stanowi tam główne źródło mięsnego pożywienia,
­-wielogodzinne, a czasem wielodniowe wyprawy na okoliczne targi w celu sprzedaży lub zakupu potrzebnych wiktuałów,
­-a także przygotowywanie zbiorowych posiłków.

Jednak najbardziej szokujące było dla mnie okaleczanie właśnie kobiet po śmierci kogoś z najbliższej rodziny przez odjęcie im części palców dłoni. Ponoć ten ból pozwala zapomnieć o cierpieniu po stracie bliskich…..

96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96

W tym samym czasie, kiedy kobiety pracują, mężczyźni siedzą przed chatami, gawędzą i palą papierosy. Pamiętaj, jeśli nie masz ich z sobą w prezencie dla członków plemienia to nawet nie próbuj wejść do wioski!
Dawniej głównym zajęciem mężczyzn były walki międzyplemienne, ale dzisiaj został im jedynie świdrujący wzrok, który zabija i sprawia, że w ich oczy nie da się długo popatrzeć.Lepiej obserwować ich drobne, ale jakże umięśnione ciała, przystrojone KOTEKAMI- specjalnymi ozdobami zakładanymi na penisy. Koteki świadczą o pozycji i statusie właściciela (zwróćcie uwagę na zdjęcie wodza), mają także swoje bardzo praktyczne zastosowanie: można tam schować papierosy, czy inne drobne przedmioty.

W Nowej Gwinei nie ma za wiele dróg, a te, które są, często ulegają zniszczeniu przez lawiny błota i kamieni. Raz zamarło nam serce, kiedy przejeżdżaliśmy pozostałością czegoś, co podobno było kiedyś mostem. Jeśli chcecie to nie tylko zobaczyć, ale przeżyć i zakosztować świni pieczonej w ziemi, w gorących kamieniach i ziołach, czy z duszą na ramieniu przejść po prowizorycznych mostach i drągach rozkładanych w poprzek rowów melioracyjnych (kiedy nigdy nie wiadomo jakiej są głębokość, o czym mogłam się przekonać wpadając do jednego z nich ), to gorąco polecam wyjazdy indywidualne organizowane przez krakowskie biuro Prestige Holidays and Tours, z którego usług korzystaliśmy w trakcie tej wyprawy (www.egzotyka.tv).

Pozdrowienia dla wszystkich
Magda Rauk

KENIA - czyli wolność. 27 grudnia 2009

Długo zastanawiałam się, który zakątek świata wybrać na pierwszy, podróżniczy wpis na naszym blogu.
Kandydatów było kilku: Kuba, Meksyk, Brazylia, Bieszczady, Mazury… i wygrała moja Kenia :)
Kraj, który mnie oczarował i zaczarował. Miejsca pełne kontrastów, ludzie weseli, smutni… prawdziwi i nieogarnięta, nieprzebrana, pachnąca wolnością natura.
Tu odnalazłam dawno zagubiony w zgiełku i pośpiechu wielkiego miasta kawałek siebie. Tu przypomniałam sobie co jest ważne.

96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96
96

Kenia to pierwotna przyroda, zwierzęta pasące się na bezkresnej sawannie, lasy równikowe, wyniosłe, ośnieżone szczyty górskie.
Spalone słońcem pustynie sięgające aż po horyzont, ciche górskie doliny, rafy koralowe, nieskazitelne białe plaże z palmami kokosowymi, ciepłe wody Oceanu Indyjskiego.
Plemiona, które żyją tak, jak ich przodkowie i zachowują niezmienne od wieków zwyczaje.
Dzisiaj wakacje w Kenii są oferowane przez wiele biur podróży, ja z największą przyjemnością i pełną odpowiedzialnością polecam oferty firmy Africa line
– szczegóły na www.africaline.pl